piątek, 3 sierpnia 2018

APEL DO WSZYSTKICH POLAKÓW




Panie i Panowie, mieszkańcy polskich Miast i Wsi, Katolicy, i Wy, którzy tej wiary nie podzielacie, Młodzi i Wy, którzy swoją młodość chowacie jedynie we wspomnieniach, a obecnie cieszycie się przywilejami jesieni życia, Pracownicy i Pracodawcy, Przyjaciele, Polacy,

A P E L U J Ę ! ! !


Nie dajmy się obecnej partii rządzącej zmanipulować i nie pozwólmy jej uzurpować sobie prawa do dyktatury. Wygranie wyborów parlamentarnych nie jest bowiem uprawnieniem do wprowadzania zasad państwa totalitarnego. Kierownictwo jednej partii politycznej próbuje dla własnej korzyści (jaką niewątpliwie będzie zapewnienie sobie większej i dłużej trwającej władzy) wywierać w bardzo kontrowersyjny sposób, w opinii wielu niekonstytucyjny, wpływy na niezawisłe organy władzy Państwowej: zarówno tej ustawodawczej, jak i wykonawczej, a ostatnio, co najgorsze, także sądowniczej.

Niejednokrotnie w naszej historii oddawaliśmy naszą suwerenność w ręce zewnętrznych ośrodków dyspozycyjnych. Nie dajmy się zwieść pozorom, że oddanie władzy wewnętrznym ośrodkom dyspozycyjnym (o co chodzi z zewnętrznymi ośrodkami dyspozycyjnymi?) będzie lepsze. Nie będzie. Dyktatura, bez względu na źródło swojego pochodzenia, zawsze prowadzi do zniewolenia obywateli. Dyktatura w drodze odgórnych decyzji zmienia fundamentalne zasady prawa. Zasady, których naruszenie burzy odzyskany z rąk najpierw zaborców, a później z rąk radzieckich, ustrój wolności, który następnie przez pokolenia w drodze rozsądnej ewolucji był szlifowany dla zagwarantowania wolności i niezależności, jaką może szczycić się nasz wspaniały Kraj. Nie oddawajmy naszej suwerenności w ręce jednej Partii. Demokracja w obecnym układzie sił politycznych polskiego parlamentu jest jedynie pustym sloganem, na który dla uzasadnienia swoich władczych decyzji powołuje się dyktator. Dyktator, który jedynie sprawia pozory realizacji celów swoich wyborców, ale tak naprawdę realizuje cel własny, nakierowany na podporządkowanie sobie niezawisłych organów, co pozwoli mu na prolongowanie swojej władzy nawet wówczas, gdy suweren, czyli My, nie będzie już go tolerował.

Koleżanki i Koledzy, błagam Was: nie pozwólmy się sabotować od środka. Walczmy o Polskę wolną i nikomu niepodległą: ani siłom zewnętrznym, ani siłom wewnętrznym. Tylko My, Obywatele, jesteśmy jedynymi, którzy mają prawo decydować o losie naszego kraju. Nie grupa osób piastująca aktualnie najwyższe urzędy, nie jedna partia polityczna i nie jeden człowiek, który jest prezesem tej partii, ale My, i tylko My - Wszyscy Obywatele Rzeczypospolitej Polskiej - mamy wyłączne prawo decydować, czy chcemy żyć w kraju, w którym Konstytucja jest pewnym, stabilnym i zrozumiałym fundamentem naszego życia i naszej codzienności, czy też jest fundamentem z gumy, fundamentem, który ktoś może naciągać w dowolny sposób, torując sobie drogę do wszechwładztwa, poprzez zdobycie wpływów w każdym z trzech monteskiuszowskich filarów władzy.

Mając nadzieję i głęboką wiarę w ogromny patriotyzm tętniący w naszych sercach, wzywam do zmuszenia grupy osób aspirującej do zyskania przywilejów dyktatury, aby zaniechała działań, które niszczą Nasz Kraj, burzą fundamenty obowiązującego prawa, zakłócają mir społeczny i powodują powstanie niepotrzebnych napięć pomiędzy Nami. Polska nie chce czuć nad sobą bata jednej osoby, bądź wąskiej grupy osób, które chcą autorytarnie decydować za nas Wszystkich tylko dlatego, że przyznaliśmy im prawo do kierowania Naszym Biało-Czerwonym Okrętem w wyborach powszechnych. Nie chcemy, żeby ta grupa realizowała tylko cele swoje i swoich wyznawców, marzenia reszty mając w głębokim poważaniu. Dlatego

W Z Y W A M ! ! !

Niczym Powstańcy Warszawscy, tak i My, w tym trudnym dla Nas czasie, w którym cegiełka po cegiełce, ustawa po ustawie, jesteśmy w Naszym własnym Państwie pozbawiani suwerenności, miejmy swoją godzinę "W". Wyjdźmy wszyscy razem w sobotę 11 sierpnia, równo 3 miesiące przed 100-letnią rocznicą odzyskania niepodległości przez Nasz Piękny Kraj, o godzinie 12 w południe na ulice wszystkich polskich Miast i Wsi i wspólnym głosem krzyknijmy w kierunku uzurpatora:


POKAŻ DUPĘ!*


* Dlaczego akurat "Pokaż dupę!"? Kliknij!

czwartek, 26 lipca 2018

O co chodzi z Sądem Najwyższym, dlaczego Wiadomości kłamią, Kaczyński to dyktator, a PiS to partia totalitarna?




Ten wpis mógłbym podzielić na kilka mniejszych, ale chciałem ująć zagadnienie bardziej  holistycznie. Co gorsza będzie to wpis ultrapolityczny, mimo że nie lubię politycznych tematów. Ale w kluczowych momentach, a taki właśnie nastał w polskiej polityce, każdy kto świadom, powinien się wypowiedzieć. Sprawa politycznego przejmowania sądów i uzależniania ich od politycznych decyzji, zwłaszcza tych najwyższych instancji, jest bez wątpienia punktem kulminacyjnym w walce o utrzymywanie praworządności i demokracji. 

Od ponad roku oglądałem Wiadomości w TVP, traktując je jako ciekawą rozrywkę po ciężkim dniu pracy. W obecnym wydaniu  na poprawę humoru są z pewnością lepsze niż Kabaret pod Wyrwigroszem. Do Abelarda Gizy jeszcze trochę im brakuje, ale ich poziom humorystyczny jest ogólnie niezły. Nawet w pewnym stopniu Wiadomości niekiedy zastępowały mi zdjęty z anteny kilkanaście lat temu Dziennik Telewizyjny Jacka Fedorowicza, za którym trochę tęsknię. Na moje nieszczęście nadeszła w końcu ta chwila, w której zdałem sobie sprawę, że oglądając Wiadomości nie mam do czynienia z pastiszem, satyrą, czy komedią, lecz z reportażem. 

Mam 32 lata i czasów PRL nawet nie pamiętam. Myślałem, że nagrania skeczów Panów Laskowika i Smolenia to tylko groteskowa pamiątka tamtych czasów. Że Stanisław Bareja to miał niezłą fantazję, przerysowując życie państwa i absurdalną retorykę władzy względem obywateli w tak karykaturalny sposób. Dzięki obecnym Wiadomościom widzę, że to jednak wcale nie musiało być nie tylko wymyślone, ale nawet przerysowane. I że Bareja nie był reżyserem komedii, lecz dokumentalistą. I że fantazję owszem miał, ale ułańską, bo jego obrazy to była w pewnym sensie walka z tamtym ustrojem. Tylko zamiast ironii i satyry, jak przystało na reżysera komedii, Bareja na oręż wybrał sobie esencję ówczesnej rzeczywistości... I paradoksalnie to właśnie był najbardziej sarkastyczny cios we władzę. 

Po przejęciu władzy przez PiS Wiadomości wróciły do standardów informacyjnych z czasów PRL. Porażki partii rządzącej określa się w nich mianem "niemal sukcesu". Partia będąca u władzy jest w ten sposób idealizowana. Wiadomości stały się narzędziem propagandy, są niczym wszędobylskie ekrany z "Roku 1984" Orwella. Manipulacje informacjami nie omijają nawet liczbowych, czyli precyzyjnych, zdawać by się mogło, danych.  Dla TVP na przykład liczba 50 senatorów PiS (na 100 senatorów ogółem), którzy nie zagłosowali za przeprowadzeniem referendum konstytucyjnego, jest zupełnie niegodnym uwagi faktem, natomiast informacja o 27 posłach PO, którzy nie opowiedzieli się za referendum, to rzecz absolutnie skandaliczna. Przypomnijmy, że w Izbie Niższej zasiadają posłowie w liczbie 460. To znaczy, że dla TVP ułamek 50/100, a w zasadzie 1/2 to wartość mniej istotna niż 27/460, czyli około 1/17. Zaś 6 lat dla Wiadomości to okres mogący trwać cztery lata. 6 lat to bowiem zgodnie z konstytucją okres kadencji Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, zaś zdaniem Wiadomości, tak naprawdę to może tam chodzić o 4 lata.

Przepraszam, że pisząc o języku stosowanym w Wiadomościach mam ubaw, ale mnie - człowieka, który z racji jakiego takiego wykształcenia zna podstawy działania państwa - treści przedstawiane przez TVP, jak i działania podejmowane przez partię będącą obecnie u władzy, wydają się do tego stopnia cyniczne i bezwzględne, że aż śmieszne. No, takie przynajmniej były do tej pory. Bo o ile ubiegłoroczne informacje o wstawianiu dublerów sędziów do Trybunału Konstytucyjnego odbierałem jako incydent, po którym liczyłem, że nic więcej podobnego nie będzie miało miejsca, o tyle późniejsze wątki sądowe, a w zasadzie zbiór wszystkich działań podejmowanych przez PiS od przejęcia władzy w 2015 r.,  utwierdziły mnie w przekonaniu, że w Polsce mamy do czynienia z wprowadzaniem dyktatury. I o ile dotąd byłem rozbawiony, tak teraz czuję się zagrożony, bo władza chce nam odebrać podstawy demokracji, wmawiając nam, że tak naprawdę ją szerzy i broni.

I zrozumiałem, że jest to smutne, a nie śmieszne. Smutne dlatego, że w Polsce ma miejsce zamach na demokrację, a prości ludzie nie rozumieją tego wszystkiego, co się dzieje, i dla nich to co widzą i co słyszą w Wiadomościach, jest słuszne. Bo tak to przedstawiają Wiadomości. Zapomnieli już, że TVP była pierwszym podmiotem, który został przejęty przez PiS (no cóż, propaganda jest przecież podstawą każdej dyktatury).

Prości ludzie nie wiedzą w jakim celu istnieje parlament, od czego w nim jest Sejm, a od czego Izba Wyższa. Nie mają pojęcia, po co partii rządzącej wpływy w Trybunale Konstytucyjnym, Prokuraturze i Sądzie Najwyższym. Nie widzą pewnych korelacji między poszczególnymi władzami, ani związków przyczynowo-skutkowych. Nie mają zdolności przewidywania przyszłych ruchów. Strategia to dla nich słowo obce. Liczą się dla nich tylko aktualne korzyści i to najlepiej takie o konkretnym nominale, bo tych materialnych często też nie rozumieją, nie mówiąc już o korzyściach niematerialnych..Żyją trochę jak ludy pierwotne: tu i teraz. To znaczy prosto. Jak prole z orwellowskiego "Roku 1984". Dlatego na ludzi, którzy politykę PiSu odbierają tak, jak przedstawiają ją Wiadomości, czyli jako jedynie słuszną, nie boję się używać określenia "ludzie prości". 

Prości ludzie nie wiedzą, że bycie prezesem partii politycznej nie uprawnia do wydawania poleceń Ministrom, Prezesowi Rady Ministrów i  Prezydentowi. Prości ludzie nie wiedzą, że na mównicę sejmową nie można wejść "bez żadnego trybu", a dostępu do obrad sejmowych dla obywateli nie można ograniczać w sposób niezgodny z Regulaminem Sejmu. Z pewnością więc prości ludzie nie mogą sobie zdawać sprawy także z tego, że dzięki obsadzeniu Trybunału Konstytucyjnego własnymi, zaufanymi ludźmi, partia rządząca może w parlamencie forsować ustawy, które normalnie by nie przeszły. Nie wiedzą, że nawet jeśli te ustawy trafią do Trybunału Konstytucyjnego, to wstawieni przez PiS dublerzy sędziów stwierdzą ich zgodność z ustawą zasadniczą. Skąd prości ludzie mają wiedzieć, że spośród sędziów Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego prezesi tych sądów powołują członków Państwowej Komisji Wyborczej? W związku z tym prości ludzie nie wiedzą, że w wyniku niekonstytucyjnych roszad personalnych w Sądzie Najwyższym i Trybunale, za chwilę może się okazać, że i Państwowa Komisja Wyborcza będzie obsadzona postaciami wyłącznie zależnymi od PiS. Ale co tam, prości ludzie nie wiedzą pewnie czym zajmuje się Państwowa Komisja Wyborcza i nie wiedzą, że ona ma kluczowy wpływa na przebieg wyborów i liczenie głosów, tak samo jak nie wiedzą, że to Sąd Najwyższy ostatecznie zatwierdza wyniki wszystkich wyborów. Prości ludzie nie wiedzą, że pół prawdy to często wielkie kłamstwo. Dlatego dla nich wszystko to, co podają Wiadomości, musi być szczerą i obiektywną prawdą. I najgorsze - prości ludzie nie rozumieją co ja tutaj napisałem. Niestety. 

Nie rozumieją tego wszystkiego, bo są niewykształceni. Często pochodzą z ubogich rodzin, czasem patologicznych, w których edukacja i praca są traktowane albo jako zło konieczne, albo jako wyzwania nie do przekroczenia. Teraz dodatkowo prości ludzie są wspierani przez partię rządzącą poprzez wypłacaną co miesiąc kwotą 500 zł za każde dziecko. Bo władza wie, że to w większości przypadków nie jest kwota, która zostanie przeznaczona na edukację i rozwój, które pozwoliłyby na wyrwanie się prostych ludzi z patologii, lecz często zostanie wykorzystana na zakup flaszki, albo dwóch, i w konsekwencji spowoduje jeszcze głębsze ugrzęźnięcie w patologii, niewiedzy i prostactwie. 

Tak więc już w tym jest i nieco przekłamywania rzeczywistości, i nieco cynizmu.

Ale przekłamywanie rzeczywistości przez partię Kaczyńskiego i jej cynizm powoli naprawdę zaczynają osiągać absurdalny poziom rodem z haseł głoszonych przez Partię z "Roku 1984" (tak, już dziś padały odniesienia do tej książki, ale czy taka łatwość tworzenia skojarzeń nie oznacza właśnie, że coś jednak jest na rzeczy?). Na stronie internetowej PiS, w zakładce opisującej tę partię czytam właśnie wyimek z ich programu wyborczego


Państwo musi mieć realną możliwość zwalczania patologii i nie można pozwolić, aby jego organy były wykorzystywane przez zewnętrzne ośrodki dyspozycyjne działające dla własnej korzyści.” (Źródło)

A kimże jest Jarosław Kaczyński wobec Prezydenta, Rządu, Premiera, Prokuratury, Trybunału Konstytucyjnego czy Sądów, jeśli nie "zewnętrznym ośrodkiem dyspozycyjnym"? Jarosław Kaczyński, zwykły szeregowy poseł, który nie piastuje żadnego urzędu i nie pełni funkcji żadnego organu. Bo bycie posłem, prócz czynnego uczestniczenia w pracach Sejmu, zasadniczo nie uprawnia do czegokolwiek więcej niż przeciętnego obywatela. A jednak ze zdaniem Kaczyńskiego nie może nie zgodzić się Premier, Ministrowie, czy nawet Prezydent. Człowiek, który w drodze przygotowywanych i przegłosowywanych przez jego partię wątpliwych ustaw nagina Konstytucję i wpływa na te wszystkie ww. organy nie tylko pod względem personalnym, ale także w materii podejmowanych przez nie decyzji jest niewątpliwie zewnętrznym ośrodkiem dyspozycyjnymZatem Jarosław Kaczyński jest zewnętrznym ośrodkiem dyspozycyjnym działającym dla własnej korzyści, którą to korzyścią będzie z pewnością utrzymanie się przy władzy. 

Czy zatem deklaracje PiSu zawarte w ich programie wyborczym w stosunku do rzeczywistych działań nie są tak samo cyniczne jak dwójmyślenie wpajane społeczeństwu z powieści Orwella?


"Wojna to pokój
Wolność to niewola
Ignorancja to siła"

Przy okazji omawiania tego dwójmyślenia, czyli pewnego celowego rozdwajania jaźni, chciałbym przejść do kwestii Pani Profesor Gersdorf, Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, którego PiS - stosując właśnie istniejącą ich zdaniem dwuznaczność interpretacyjną Konstytucji - próbuje odwołać, a w obronie której dziś w całej Polsce odbywają się demonstracje. Dlatego postaram się w możliwie prosty, acz dokładny sposób wyjaśnić ten problem, ponieważ z rozmów z wieloma osobami wiem, że tego zagadnienia nie rozumieją.

Otóż w art. 180 Konstytucji zawarto ogólne zasady dotyczące powoływania, pracy i przechodzenia w tan spoczynku wszystkich sędziów w Polsce. W artykule tym mowa m.in. o tym, że wiek przejścia w stan spoczynku sędziów określa się w ustawie. I Parlament, w którym PiS ma większość, taką ustawę jakiś czas temu uchwalił. W ustawie tej określono, że sędziowie przechodzą w stan spoczynku w wieku 65 lat, chyba że złożą oświadczenie o gotowości do dalszego orzekania.  

W Konstytucji jest również art. 183, który zawiera przepisy dotyczące pewnej szczególnej postaci w Sądzie Najwyższym, jaką jest Pierwszy Prezes tego Sądu. Prezes ten jest powoływany przez Prezydenta na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego. Tak też została powołana na Prezesa Sądu Najwyższego obecna Prezes - Pani Prof. Małgorzata Gersdorf. 

W Konstytucji nie ma zapisów wskazujących, że Prezesa Sądu Najwyższego odwołuje się wraz z wiekiem przejścia w stan spoczynku przewidzianym dla sędziów, bądź też, że jego kadencja wygasa po osiągnięciu przez sędziego sprawującego tę funkcję wieku przejścia w stan spoczynku.

Problem polega na tym, że dla PiSu organ zwany Prezesem Sądu Najwyższego jest takim samym sędzią jak każdy inny. Zgodnie z tym co napisałem powyżej Prezes Sądu Najwyższego jest jednak odrębnym, szczególnym organem, którego dotyczą szczególne przepisy, bowiem organ ten ma swoje dodatkowe prawa i obowiązki, niezależne od obowiązków zwykłego sędziego. Jego szczególną rolę podkreśla chociażby to, że ma on swoją szczególną nazwę - tak jak każdy organ, a także jest mu dedykowany odrębny artykuł w Konstytucji mówiący np. o tym jak się go powołuje i ile trwa jego kadencja. Nie ma natomiast w Konstytucji przewidzianej żadnej procedury odwoływania tego Prezesa, co świadczy o tym, że po jego powołaniu jest on nieodwoływany aż do upływu kadencji albo śmierci. I zmienić tego nie można w drodze zwykłej ustawy, ponieważ spowodowałoby to skrócenie za pomocą tejże ustawy określonego w Konstytucji okresu, a przecież ustawa zwykła ma w hierarchii aktów prawnych niższą rangę niż Konstytucja, dlatego nie można za jej pomocą zmienić, czy uchylić zapisów Konstytucji.

W związku z powyższym, wbrew działaniom PiSu Prof. Gersdorf pozostaje Prezesem Sądu Najwyższego do końca swojej kadencji, która przypada na kwiecień 2020 r., nawet pomimo osiągnięcia wieku w jakim sędziowie przechodzą w stan spoczynku (jeśli nie złożą oświadczenia o możliwości kontynuowania orzekania).

W konsekwencji wykonując obecnie ustanowione prawo, prof. Gersdorf winna dalej pełnić funkcję Prezesa SN, ale bez możliwości orzekania, co z kolei jest nie do przyjęcia ze względu na to, że Prezes Sądu Najwyższego również winien uczestniczyć w orzekaniu. No cóż. Takimi dziwolągami kończą się próby naciągania przepisów Konstytucji w drodze ustawy zwykłej... (Źródło)
  
Wszystkie te niejasności, nadinterpretacje prawne i jawne kpiny z prawa naprawdę napawają mnie obawą, że obecna władza wykonuje coraz śmielszy spacer, którego celem jest  przejście naszego kraju z ustroju demokratycznego do ustroju dyktatorskiego. Dlatego szukam w internecie i sprawdzam dokładnie po czym poznać, czy mamy do czynienia z dyktaturą. Po analizie różnych dyktatur znajduję dziesięć najważniejszych cech tego ustroju, które zresztą wymienia też Wikipedia (Żródło). I tak stwierdzam, że dyktatura ma miejsce, gdy:

1. Ma miejsce władza jednostki lub wąskiej grupy 
2. Władzy nie wyłaniają przedstawiciele społeczeństwa w wolnych wyborach 
3. Dyktatorzy pozostają poza faktyczną kontrolą społeczeństwa
4. Używana jest siła wobec przeciwników politycznych 
5. Brak jest szacunku wobec praw obywatelskich
6. Dowolność stanowienia systemu prawnego
7. Źródłem dyktatury może być m.in. pochodzenie albo przewaga wojskowa
8. Istnieje kontrola nie tylko polityki kraju lecz całego życia społeczeństwa 
9. Może, lecz nie musi występować system jednopartyjny 
10. Dyktatura jest współcześnie obok demokracji konstytucyjnej najbardziej popularnym systemem sprawowania władzy.


Punkt 1 w Polsce jest obecnie wdrożony w praktykę, co wykazałem w tekście powyżej.
Punkt 2 teoretycznie nie jest jeszcze w pełni spełniony, ale mając na uwadze realny wpływ partii rządzącej na obsadę Państwowej Komisji Wyborczej i próby przejęcia Sądu Najwyższego, obawiam się, że w praktyce punkt ten niebawem może zostać zastosowany. Powiedzmy, że na razie jest w połowie spełniony...
Punkt 3 - skoro władzę w państwie sprawuje zwykły obywatel, będący jedynie szeregowym posłem, który jednak nie może za swoje decyzję ponieść odpowiedzialności ani prawnej, ani politycznejza swoje z racji tego, że władzę wykonuje rękami zależnych od niego organów państwowych, to zdecydowanie warunek ten jest już w Polsce spełniony.
Punkt 4 -  jeszcze nie jest to oficjalnie stosowane, choć np. wzmożenie policyjnych zasieków przed Sejmem, utrudnianie wstępu na salę plenarną, na której obraduje Sejm, a także oskarżanie obywateli protestujących przeciw władzy o absurdalne zarzuty dotyczące, nomen omen, propagowania ustroju totalitaryzmu (Źródło), zdaje się mieć zalążki walki z przeciwnikami politycznymi. Ale pomijam to i uznaję, że pod tym względem jest ok.
Punkt 5 jest trudno wdrożyć w życie na etapie wprowadzania dyktatury, ponieważ nieprzestrzeganie praw obywatelskich demaskuje dyktatora w sposób oczywisty, zaś skuteczne wprowadzenie dyktatury wymaga jednak dyskretnych i zawoalowanych działań. Aczkolwiek utrudnienia w dostępie do sali Sejmowiej to moim zdaniem już drobne ograniczenie praw obywatelskich, a i innych przykładów nie brakuje.
Punktu 6 nie trzeba nawet komentować...
Punkt 7 skoro wmawia się nam, że jesteśmy obywatelami gorszego sortu, dlatego nie powinniśmy mieć wpływu na losy naszego kraju (Źródło), a ponadto mając na uwadze, że władza posiada możliwość dysponowania jednostkami militarnymi, to chyba wszystko się zgadza!
Punkt 8 - propaganda w wykonaniu mediów publicznych jest chyba dość wyraźnym przykładem możliwości sterowania życiem społecznym przez władzę, a nie zapominajmy o Kościele, który również ma ogromny wpływ na życie społeczne w naszym kraju, a który jest obecnie w koalicji z władzą...
Punkt 9 - niby nie ma systemu jednopartyjnego, bo opozycja istnieje. Tylko jeśli większość w Parlamencie ma jedna Partia, która ponadto ma swojego Prezydenta i Rząd z Prezesem Rady Ministrów, do tego swoich ludzi w Trybunale Konstytucyjnym, Prokuraturze, Sądzie Najwyższym, a za chwilę także w Państwowej Komisji Wyborczej, to czy ta Partia nie jest partią totalitarną, a opozycja nie jest tylko ozdobą?
Punkt 10 wymaga szczególnej uwagi, ponieważ większość z nas sądzi, że dyktatury, czy rządy totalitarne są czymś odległym i rzadkim. A tak nie jest. Na świecie są całkiem popularne, więc dlaczego i nas miałaby nie dotknąć?

Zatem co najmniej 7 cech dyktatury już można w Polsce zaobserwować! 7 cech na 10 świadczy o tym, że już w 70% reżim jest w naszym kraju ukształtowany! Mając na uwadze regularne, wątpliwe i coraz dalej idące zmiany w polskim prawie, nietrudno przewidzieć, w którą stronę te proporcje będą się zmieniać. Zatem dokąd: do demokracji, czy do dyktatury doprowadzi nas Kim Dzong Kacz? Wnioski wysnujcie sami...



PS. Mam nadzieję, że jeszcze chociaż cenzura nie jest tak zaawansowana, aby ten wpis unicestwić...


czwartek, 19 lipca 2018

Życie nie jest jak pudełko czekoladek. Życie jest jak banan.




Forrest Gump, siedząc na ławeczce, stwierdził, że życie jest jak pudełko czekoladek, bo nigdy nie wiesz co Ci się trafi. Myśl prosta i wydawać by się mogło - niezwykle trafna. Niestety, to bardzo smutna myśl i na szczęście nie do końca prawdziwa. W praktyce jednak może być mottem dla życiowych nieudaczników lub kompletnych idiotów, byle tchórzy i skończonych leni. Bo ktoś, kto potwierdza, że życie jest zbiorem niewiadomych, musi być albo cholernie pechowym nudziarzem, bez krzty wyobraźni, albo po prostu biernie przyjmować wszystko to, co każdy dzień za sobą niesie.

Niestety, rozglądając się wokół siebie widzę, że wiele osób tak żyje. To znaczy bez celu, bez idei. Ok, Cobb, bohater Incepcji, przekonywał, że idea jest najgroźniejszym wirusem, bo gdy zagnieździ się w umyśle, pozostaje w nim na zawsze. I pewnie miał rację, o czym świadczą tłumy niemożliwych do wyleczenia psychopatów, których jedyną w życiu ideą było na przykład (a co tam, dajmy jakiś mocny przykład) zabijanie. Żadnego z nich nie da się z tego wyzuć. Bo to jest jego idea i pozostanie w nim na zawsze. Można spróbować ją stłumić, przemalować na jakąś inną, bardziej wartościową społecznie koncepcję życia, czy zakrzyczeć innymi ideami w drodze resocjalizacji. Ale ona już na zawsze zostanie w jego umyśle, przyczajona jak głodny tygrys przy antylopim wodopoju. Pewnego dnia znów się wyczłapie z głębin podświadomości i zaatakuje, wyświetlając na wewnętrznej stronie czoła krzykliwym neonem komunikat o treści "zabij!". I on znów to zrobi.

Tak samo jest z każą inną ideą. Z ideą pracoholicznego zarabiania, picia, imprezowania, czy mówienia sobie "nie chce mi się", "zrobię to później" i "na chuj mam to robić, skoro i tak chuj z tego będzie".

Na szczęście niemal wszystkie życiowe czekoladki... przepraszam - idee, mają swoje nazwy i nie są tak anonimowe, jak twierdził Forrest. One są jak banan. Kiedy patrzysz na banana, wiesz, że to banan. Wiesz mniej więcej, jak będzie wyglądał, gdy obierzesz go ze skórki i jaki smak poczujesz, kiedy go zjesz. Nawet, jak go kurwa dostaniesz do ręki w środku bezgwiezdnej nocy, przy księżycu w nowiu, a w dodatku będąc ślepym, to i tak będziesz wiedział, że to banan, który podobno, jak wszyscy mówią - jest żółty, i który smakuje tak jak smakuje banan. Tak samo prawie każda emocja, każe działanie, każdy cel, słowem: niemal każda idea ma swoją nazwę i możliwe do przewidzenia konsekwencje. 

Dlatego nie wybieraj tych niesmacznych i gorzkich. Tych, z których nic w życiu nie masz. Tych, które Cię zadręczają, wprawiają w smutek, czy odpychają od działania. Na idee swojego życia wybieraj tylko pozytywne emocje, działania, które dają Ci satysfakcję i cele, które zmuszają Cię do rozwoju. I tylko takim ideom, a nie tym hamującym szczęście i rozwój, pozwól się zagnieździć w Twoim umyśle na zawsze.

Zrób ze swojego życia kompozycję pysznych i świetnie skomponowanych pralinek. Będziesz nie tylko szczęśliwszy, ale i staniesz się apetyczniejszym kąskiem.  Jeśli wiesz, co mam na myśli ;)

Smacznego!


piątek, 2 czerwca 2017

Dlaczego geje mogą, a inni nie?



Dziś w bardzo rzucającym się w oczy miejscu na stronie głównej jednego z największych polskich portali internetowych znalazłem artykuł, albo raczej wywiad przeprowadzony z parą gejów, którzy są ze sobą od 8 lat i niebawem się pobiorą. W Portugalii i po długiej batalii z administracją, ale jednak. W Polsce byłoby to niemożliwe, na co strasznie narzekali. Pod wywiadem toczyła się klasyczna gówno-burza, w której cholernie zdegustował mnie jeden z komentarzy:
Walczcie! macie takie samo do życia w tym kraju jaki inni. Ludzie muszą końcu zrozumieć ,że gej to też człowiek i należą mu się prawa. Jeśli wnosi cos do społeczeństwa jest tak samo wartościowy jak hetero i nie płciowość w tym wypadku jest najważniejsza.” (pisownia oryginalna)
- meg-an44
Mnie co prawda nic do związku akurat tej pary, ale pogląd na temat normalności związków homoseksualnych mam.

Otóż, drogi autorze powyższego komentarza, gej czy lesbijka nigdy nie będzie wnosić do społeczeństwa tego, co jest podstawą jego przetrwania - możliwości prokreacyjnych. W tym problem. Gdyby homoseksualizm był normalny, natura pozwoliłaby na to, żeby geje mogli rodzić małe gejusie, a lesbijki małe lesbijeczki, oczywiście bez udziału drugiej płci. Tymczasem natura, wbrew podobno zupełnie normalnemu stanowi jakim jest "miłość" dwóch osób tej samej płci, złośliwie nie pozwala im na realizowanie funkcji prokreacyjnej! Cóż za niesprawiedliwość, prawda?! Czy może raczej niezbity dowód na to, że pociąg seksualny do tej samej płci jest jednak pewnym wynaturzeniem, błędem i przez to obarczony nim osobnik jest przez samą naturę zwalczany i spisany na wyeliminowanie poprzez brak możliwości prokreowania?

Zaraz się odezwą głosy, że jestem homofobem, i że w ogóle to homoseksualizm zaobserwowano także u innych gatunków. Co do pierwszego to nie, nie jestem. Po prostu nie chcę, żeby mi wmawiano, że homoseksualizm jest tak samo normalny jak heteroseksualizm. A co do drugiego to ok, homoseksualizm występuje u innych gatunków, tylko u nich ma on zupełnie inną funkcję: w większości przypadków ma pokazać dominację jednego osobnika nad drugim. Jest więc wyrazem siły i czynnikiem pozwalającym ustalać hierarchię w grupie. Działa to na zasadzie "to ja cię wyruchałem, a nie ty mnie, więc masz mi być posłuszny, bo jak nie, to cię znów wystukam". Tymczasem ludzie z kręgów LGBT homoseksualizmowi przypisują "miłość".

Kiedyś usłyszałem od jednego geja: „Przecież nawet pies kocha swojego pana! Czemu gej nie może kochać innego geja?!”

Pójdźmy dalej. Czemu taki gej ma mieć prawo do realizowania swojej "miłości", a taki zoofil, czy pedofil już nie? Powiecie: a bo geje świadomie wyrażają wolę spółkowania, a dzieci i psy nie mogą. Bzdura! Dziś co druga dwunastoletnia dziewczynka wygląda co najmniej na pełnoletnią, kokietuje i ubiera się jak studentka w piątek wieczór i często jest bardziej świadoma swoich potrzeb seksualnych niż niejedna 25-letnia szara myszka, dajmy na to taka dziewica-bibliotekarka. Nastolatki fantazjują o Ryanach Goslingach i Bradach Pittach – trzy, albo czterokrotnie od nich starszych. Na marginesie mówiąc, cóż w tym dziwnego, skoro pokazuje się ich jako najseksowniejszych facetów w Bravo Girl? Jadwiga Andegaweńska mając 11 lat zgodziła się wyjść za Władysława Jagiełłę, a gdy miała lat 12, a być może nawet jeszcze nie, wzięła z nim ślub. A potem nawet świętą została. Mniejsza o to, czy przypadkiem nie za to, że już w tak młodym wieku zdecydowała się na takie męczeństwo, jakim jest małżeństwo, czy za coś innego. Niemniej jednak paradoksalnie to dziś, a nie wtedy gdy palenie na stosie było modne, Jagiełło za swój tak pedofilski związek spłonąłby na stosie. Czemu dziś tak dyskryminujemy pedofili?! Dajmy im szansę kochać, tak samo jak gejom!

A co do psów to się nie wypowiadam, bo nie wiem czy takiemu owczarkowi niemieckiemu się podoba jak go jakiś człowiek stuka, czy też nie. I tego nikt się nie dowie. Jedna suka może to lubić, a inna nie. To tak jak u ludzi - jednej mojej koleżance się ze mną podobało, a druga mi powiedziała, że byłem do dupy.

Chętnie zobaczyłbym ślub mojej sąsiadki, która nota bene trochę pachnie "tam" śledziem, z jej kotem o szorstkim, jak to u kota, języczku. Nie zaprzeczycie chyba, że obu ten związek byłby na rękę. Dziś niestety muszą żyć... na kocią łapę.

W związku z tym jak chcemy dać gejom prawo do miłości, dajmy je i pedofilom, i zoofilom, a może i nekrofilom. O tak, tych ostatnich też nie dyskryminujmy! Wszak przecież i oni mogą posiadać wyrażoną jeszcze za życia pisemną zgodę swojego obiektu westchnień na pośmiertne posuwanie go, znaczy się tego obiektu (bo po śmierci ten obiekt westchnień to chyba będzie dosłownie "obiektem", prawda?).


I co wy na to, LGBT?

piątek, 26 lutego 2016

Kobieto, nie rób tego żadnemu facetowi cz.4




Lekcja numer 4 będzie na temat otwartości. Co prawda miała być wczoraj, ale przez drobne problemy z dostępem do internetu, musiałem ją przełożyć na dziś. Jak to mówią: co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro. W ten sposób nigdy nie będziesz musiał czegokolwiek ruszać ;)
Otwartość to bardzo ważna sprawa w relacjach międzyludzkich. Co prawda nie jest dobrze, jeśli człowiek obdziera się z wszelkich sekretów, ale też w codziennych sprawach nie powinniśmy zamykać się przed partnerem. Faceci nie lubią tego szczególnie, dlatego że są bardzo jednoznaczni. Skoro osobnik płci męskiej zdecydował się zbliżyć się do Ciebie, to znaczy, że akceptuję Cię taką jaką jesteś. Nie udawaj więc nikogo innego. Nie wstydź się siebie. To dla faceta bardzo ważne. Jeśli będziesz kreowała wokół siebie nadmierne ilości tajemnic, dla niego będą to podstawy do stwierdzenia, że mu nie ufasz, że go nie akceptujesz, albo że boisz się jego, lub tego, że on nie zaakceptuje Ciebie.
Najlepszym sposobem do tego, aby okazać mu otwartość i zaufanie, jest wyrzeczenie się wstydu przed własną nagością. Uwierz, że skoro facet zdecydował się z Tobą spotykać to znaczy, że mu się podobasz. I najzwyczajniej w świecie nie musisz się obawiać, że kiedy się rozbierzesz, przestaniesz mu się podobać. Nie stanie się tak z dwóch powodów: Masz cycki! A tak poważnie, to po pierwsze faceci nie patrzą na szczegóły, o czym już pisałem wcześniej. Jeśli więc zaakceptował Twój ogólny wygląd, jakieś drobne skazy na Twoim ciele nie zmienią w sposób znaczący jego oceny na Twój temat. Nikt oczywiście nie jest idealny i faceci to wiedzą. Nie są debilami. Sztuczne ukrywanie czegokolwiek wpłynie znacznie bardziej dobitnie na jego opinię o Tobie, niż całkowita otwartość i gotowość do pokazania się przed nim taką jaką Cię Bóg stworzył. Po drugie faceci wprost uwielbiają nagie kobiety i uważają, że nie ma piękniejszego widoku. No może dwie nagie kobiety…
Zauważ jednak, że otwartość nie dotyczy tylko zdolności do zdjęcia z siebie ubrania. To również akceptacja nagości faceta. Nie bój się bo nagość względem siebie dwóch  bliskich osób to najnaturalniejsza rzecz na świecie. A przynajmniej powinna nią być, bo nic nie zbliża ludzi bardziej niż całkowita akceptacja. Wspólny prysznic, możliwość przyglądania się sobie w czasie zakładania garderoby, seks w dziennym świetle, dotykanie się, przytulanie, sen. Wszędzie tam nagość nie powinna być problemem, a całkowitą normalnością. Nie odbieraj więc ani sobie, ani facetowi poczucia pełnego zaufania i możliwości bycia otwartym.

Aha, i jeszcze jedno – otwartość to nie tylko zdolność do obnażenia się w sposób fizyczny. Niepotrzebnych sekretów wobec partnerów nie warto robić w jakiejkolwiek dziedzinie życia. Zachowajmy więc pełną otwartość w każdej rozmowie, nawet jeśli mielibyśmy zranić drugą osobę. Prawda boli tylko raz, a nieszczerość rodzi nieprzyjemności długi, długi czas. Poza tym, jeśli się przed kimś otwieramy, stajemy się bezbronni, a wówczas łatwiej nam przebaczyć nawet te najcięższe prawdy. Nie obawiajmy się ich. Nikt z nas nie jest bez grzeszków. Lepiej mówić o nich wprost, niż owijać w opowieści pełne półprawd, bo pół prawdy, to najczęściej wielkie kłamstwo. A w związku najważniejsza jest szczera bliskość, bez jakichkolwiek ścian.

środa, 24 lutego 2016

Kobieto, nie rób tego żadnemu facetowi cz.3






Wczoraj wspomniałem, że facet, zresztą tak jak każda osoba, chce się czuć w relacji z kobietą podmiotowo, czyli zgodnie ze słownikiem języka polskiego: „tak jak człowiek, a nie jak rzecz”. I nie mówię tutaj, że podmiotowo chce się czuć kochany facet, bo to nie ma znaczenia. Potrzeba ta dotyczy każdego.
Wynika z tego kilka reguł, które kobieta, którą cokolwiek łączy z danym mężczyzną, powinna zachować. 
Pierwsza i zdecydowanie najważniejsza zasada brzmi: „nigdy nie wykorzystuj tego, że facet coś do Ciebie czuje”. Mówiąc krótko: nie wykorzystuj go. Albo przynajmniej nie pozwól, aby czuł się wykorzystywany. Co prawda osiągnięcie u zakochanego faceta poziomu poczucia, że jest wykorzystywany jest bardzo trudne, bowiem u takiego osobnika granica ta położona jest bardzo, bardzo wysoko, ale dobrze wiemy, że skoro kobieta potrafi zrobić milionera… z miliardera, to i nie takie bariery możne jej się udać w końcu przełamać.
Nie chodzi o to, że facet nie chce dla Ciebie czegoś zrobić, bo to nieprawda. Zakochany facet zrobi dla swojej ukochanej bardzo wiele zupełnie bezinteresownie, a dodatkowo każde ukończone zadanie odfajkuje w swoim dzienniku z satysfakcją. Bardziej chodzi o to, żeby facet nie miał permanentnego poczucia, że jest niczym więcej niż chłopcem na posyłki.
Druga zasada wynika niejako z pierwszej i odnosi się do tego, aby facetowi pokazywać, że nie zależy Ci tylko na tych jego wszystkich przysługach, lecz że cieszysz się tym, że w ogóle kogoś takiego masz, i że bardziej zależy Ci na nim samym. Wymyśl więc system nagród, którymi obdarzysz faceta za jego poświęcenie. On zasadniczo wcale nie będzie nic od Ciebie oczekiwał, ale niestety męska osobowość wymaga od niego bycia zdobywcą, więc zdobywanie trofeów za walkę z codziennością jest wpisane w jego naturę. Jeśli ich zabraknie, chcąc nie chcąc zrodzi się w nim poczucie frustracji, a w efekcie także przedmiotowego traktowania.
Jeśli więc prowadzisz sklep, do którego od czasu do czasu trzeba dowozić towar, a sama nie posiadasz auta, ale przypadkiem masz bliskiego znajomego, który coś do Ciebie czuje, i o którym wiesz, że zawsze gotów jest Ci pomóc, nie wykorzystuj go tylko jako transportera, bo choć nie będzie to dla niego problemem, to z czasem w jego poczuciu podmiotowości literka „o” zacznie przybierać kształt zbliżony do „rze”. Zastanów się, czy to jest to co chcesz mu sprezentować, i czy jest to to na co rzeczywiście zasłużył.
I jeszcze najbardziej klasyczny przykład: nie rób na siłę z faceta tragarza podczas zakupów. Zapewniam Cię, że jeśli nie chce, abyś się męczyła, sam zaproponuje, aby przejąć Twoje torby. W ten sposób nie tylko nie urazisz jego męskiej dumy, która z założenia nie godziłaby się z nakazem targania trzech toreb z Bershki, dwóch ze Stradivariusa i jeszcze jednej wielkiej z kozakami Kazara,  ale wręcz podbudujesz jego ego jako gentlemana, który sam wspaniałomyślnie pomógł kobiecie w zakupach.
W tym miejscu drobna dygresja. Wymyślanie zadań dla faceta samo w sobie nie jest niczym złym. Faceci lubią czuć się potrzebni. Mając poczucie, że kobieta sobie bez nich nie poradzi, rozwija się w nich także poczucie odpowiedzialności za nią. Bo chociaż wszyscy wiemy, że po pierwsze: nie ma ludzi niezastąpionych, a po drugie: że kobieta nie jest na tyle opóźnioną istotą, żeby nie dać sobie rady samej w codziennym życiu, to jednak mężczyźni uwielbiają się Wami opiekować.
Muszę też w tym miejscu napisać jedną rzecz z własnego doświadczenia. Facet potrafi zrobić bardzo wiele tylko po to, aby zaliczyć laskę, która mu się podoba. Jeśli facet jest chętny do pomocy przez rok, czy półtora, to wcale nie musi znaczyć, że znalazłyście prawdziwy skarb. Może po prostu wierzyć, że w końcu mu się uda. Nie wiem na ile to jest zdrowe podejście do zdobywania lasek, a na ile nie. Pozwolę sobie taką ocenę pominąć, bo całkiem możliwe, że niektóre kobiety wymagają od faceta zdania takiego właśnie egzaminu. Jednak jeśli masz obok siebie faceta, na którego możesz liczyć od 10 lat, i choćby czasem nie układało wam się najlepiej, on nadal jest gotów Ci pomagać, to chyba zwykłe zdobycie podobającej mu się laski nie jest tym co nim kieruje. On po prostu Cię kocha.

Volant (pozdrawiam!) pewnie nazwałby takiego gościa wariatem. A ja zacytuję klasyka i powiem, że tylko wariaci są czegoś warci. To jak Wy nazwiecie takiego faceta pozostawiam sprawą otwartą. Natomiast jutro nieco więcej o samej otwartości i o tym, że czasem ona jest najlepszą nagrodą, jaką można facetowi sprawić za to, że o Was dba.

wtorek, 23 lutego 2016

Kobieto, nie rób tego żadnemu facetowi cz.2




Wczoraj zakończyliśmy jeden związek i zaczęliśmy nowy. Dziś lekcja prostsza, ale zdecydowanie ważniejsza,  ponieważ jej ostatecznym celem nie ma być złagodzenie bólu rozstania, lecz usypanie gruntu pod nowy, zdrowy i kochający się związek. A fundamentem każdego związku są rozmowy. Podzielę się więc z wami porcją informacji na temat tego jak mówić do mężczyzny, aby go nie ranić, a zarazem pokazać mu szacunek i to, że Ci na nim zależy.
Przede wszystkim musisz wiedzieć, że faceci, choćby z zewnątrz wydawali się twardzi jak skała, nieczuli i uzbrojeni w nerwy ze stali, wewnątrz zawsze pozostają małymi chłopcami. Dzieciaki z kolei bardzo mocno przeżywają słowa, które kierujemy pod ich adresem. Powiedzmy niegrzecznemu dziecku, że w przypadku dalszej nieposłuszności za chwilę przyjdzie pan policjant i je zabierze, a mały wpadnie w ryk. Duzi chłopcy mają podobnie, tylko ten ryk odbywa się u nich w środku, a na zewnątrz może po nim nie być najmniejszych symptomów.
Dlatego, jeśli zależy Ci na dobrym samopoczuciu faceta i okazaniu mu szacunku, nie mów do niego opryskliwie i wulgarnie, co oznacza, aby nie wypowiadać się na temat jego błędów i wad wprost. W przeciwnym razie zniszczysz jego ego.
Jeśli facet wraca zmęczony po treningu, na który nie wziął ręcznika, a tym samym nie mógł się na miejscu wykąpać, z pewnością nie będzie pachniał jak milion dolarów. Mimo to, ten kochający Cię facet na Twój widok prawdopodobnie będzie chciał się z Tobą przywitać, pocałować Cię w czoło lub policzek. Postaraj się wówczas nie obrzydzać mu samego siebie i nie mów: „Odejdź bo walisz, jak knur”. Zamiast tego użyj nieco swojej kobiecej dyplomacji i powiedz mu raczej „Czuję, że dałeś z siebie dziś wszystko. Dosłownie! Prysznic Ci dobrze zrobi, a ja później chętnie ucałuje mojego dżentelmena.” Czy coś w ten deseń. Same najlepiej będziecie wiedzieć co powiedzieć. Trochę to wydaje się suche, ale uwierzcie - ma duże znaczenie.
Ważne jest to, żeby umieć dostrzec jego starania i to, że tym pocałunkiem po treningu chciał on pokazać, że mu na Tobie zależy, i że cieszy się, że Cię widzi. Nie dawaj mu więc poczucia, że okazywanie przez niego uczucia jest czymś złym, nie karz mu kojarzyć jego dobrych chęci z Twoimi negatywnymi reakcjami. W takim przypadku może on sobie pomyśleć, że jego uczucia są gówno warte.
Podobnie jeśli z samego rana będzie starał się dla Ciebie zrobić jajecznicę, ale coś mu nie wyjdzie, zrobi za bardzo ściętą, choć wolisz bardziej płynną, zamiast wyzywać go od ofermy, zamień całą sytuację w żart mówiąc np. „Jesteś taki kochany, nic się nie stało. Dla mnie i tak najlepsze są Twoje jajka, jeśli wiesz co mam na myśli”.

Na koniec jeszcze dwie uwagi. Pierwsza jest taka, że jeśli facet kocha dziewczynę, uwielbia z nią rozmawiać. Tak, wbrew powszechnym stereotypom uwielbiamy słuchać kobiet. Cenimy Was za mądrość, za odmienne spojrzenie na świat, za pomysły na życie. W Waszych słowach szukamy inspiracji, żeby wiedzieć, czym Was zaskakiwać. Poza tym po prostu chcemy o Was wiedzieć jak najwięcej. Dlatego kochający facet będzie pytał jak Ci minął dzień, czy dostałaś na targu dynię na zupę, o której wczoraj mówiłaś, o czym piszesz materiał do pracy, co sądzisz o ostatnio przeczytanej książce. 
Druga uwaga jest taka, że jakkolwiek facet będzie się zarzekał, że nienawidzi, gdy mówisz do niego słodkimi przydomkami, nigdy nie przestawaj tego robić. Nie szczędź od czasu do czasu czułych słówek. Bo choć każdy z nas chce być silny jak John Rambo, wewnętrznie potrzebuje mieć świadomość, że darzysz go prawdziwym ciepłem, na które zawsze może liczyć. W końcu nawet w sercu Johny’ego Rambo też jest mały chłopiec. Faceci są zero-jedynkowi. Kiedy przestaniesz nazywać go swoim Tygryskiem, mówić mu, że dobrze, że jest i zapewniać go, że jest kochany, w końcu zawładnie nim poczucie bycia niekochanym. Zacznie czuć się przedmiotowo, a nie podmiotowo.  Ale o tym w kolejnym wpisie…

poniedziałek, 22 lutego 2016

Kobieto, nie rób tego żadnemu facetowi cz.1






Witam, dzień dobry.
Przez ostatnie pół roku byłem skupiony na czymś zupełnie innym niż rozwijanie bloga. W okresie tym zyskałem jednak wiele cennych doświadczeń, a jako, że mam obecnie trochę wolnego czasu, postanowiłem się nimi podzielić, choć mówiąc szczerze, będą one użyteczne głównie dla kobiet, co wynika z ich charakteru, o czym się przekonacie w trakcie lektury.
Są to pewne spostrzeżenia dotyczące relacji budowanych na linii kobieta-mężczyzna. Oczywiście będą one odnosić się głównie do sytuacji, gdzie między obiema płciami istnieje pewna więź. Niekoniecznie miłość, czy zauroczenie. Może to być równie dobrze przyjaźń. Choć osobiście uważam, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną to tylko preludium do wielkiej miłości.
Wierzę, że te lekcje pozwolą kobietom zbudować jeszcze lepsze relacje z mężczyznami, zwłaszcza tymi, na których im szczerze zależy. Albo wręcz przeciwnie - podpowiedzą jak zasiać spustoszenie w sercu znienawidzonego osobnika płci męskiej i zneutralizować go, jeśli sukinsyn sobie na to słusznie zasłużył. Dziś część pierwsza z kilku. Siadamy wygodnie w fotelu, zapinamy pasy i startujemy!
Być może pierwsza lekcja powinna być ostatnią, ale ostatnia będzie lekcją specjalną i najważniejszą, dlatego ta znalazła się na czele. A może to i dobrze, bo początki nowych relacji często krzyżują się z końcem tych dawnych. A dotychczasowe relacje najczęściej kończą się tam, gdzie rodzą się nowe namiętności. W łóżku. W łóżku, w którym nowo poznane osoby śpią ze sobą.
Dlatego apeluję: kobieto! Jeśli czujesz motylki w brzuchu i po prostu ciągnie cię do łóżka z nowo poznanym facetem... albo zwyczajnie czujesz, że tego potrzebujesz, że pragniesz poczuć członka tego nowo poznanego faceta w sobie, nikt nie może Ci tego odbierać. Masz prawo do tego, nawet jeśli to tylko chwilowe zadurzenie, które w przyszłości, z perspektywy czasu może się okazać bardziej błędem niż sukcesem. Jeśli dotychczasowy facet nie daje Ci poczucia spełnienia, nie dba o Ciebie tak, jak na to zasługujesz, jest zwykłym uczuciowym wieśniakiem, który zamiast zaskakiwać Cię różami, robi to za pomocą słomy wystającej z butów - to jak najbardziej zasługujesz na coś lepszego.
Pamiętaj jednak o jednym. Jeśli decydujesz się na nowego partnera, nie uprawiaj z nim seksu na terytorium, za które w jakikolwiek sposób odpowiedzialny był facet, z którym byłaś w któryś z wyżej wymienionych sposobów związana wcześniej. Jeśli darzysz go choćby minimalnym szacunkiem, nie rób tego w jego firmie, w miejscu jego pracy, w miejscu, w którym miał Cię on pierwszy raz, a także w szczególności w jego domu, mieszkaniu, czy też w waszym wspólnym mieszkaniu - bez względu na to czy własnościowym, czy wynajętym. W przeciwnym przypadku, kiedy się o tym dowie, zranisz go podwójnie. Nie tylko utniesz mu jaja, czy jak kto woli złamiesz mu serce, ale sprawisz zarazem, że będzie źle się czuł na swoich włościach.
Żeby zobrazować jak to działa, pozwolę sobie przytoczyć pewną  przypowieść.
Dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami żył pewien król, który bardzo kochał swoją królową. Żeby było jej dobrze, wybudował wspaniały zamek, najlepszy na jaki było go stać. Kupił w IKEI najwspanialsze meble, regularnie zamawiał w empiku nowe książki, żeby królowa się nie nudziła i generalnie starał się, żeby jej niczego w tym zamku nie brakowało.
Jednak jak to król, od czasu do czasu musiał prowadzić wojny, aby powiększać terytorium i przywozić królowej nowe niespodzianki.
Któregoś razu, wracając przedwcześnie z jednej z wypraw, przemierzał radośnie swe ziemie, aż dotarł pod bramy swego zamku.
I tak oto król, krocząc pod dziwną obserwacją swojej służby ustawionej w szpalerze, wkracza do własnego zamczyska. Mija atrium, którego budowę sam pilnował, i piękne korytarze, na których własnoręcznie ściął głowę dwóm malarzom, bo odcień farby na ścianach nie podobał się królowej. W otoczeniu speszonej czeladzi wspina się schodami do najwyżej położonej komnaty, w której zbudował dla nich - dla siebie i królowej - najwspanialszą sypialnię z białymi jak śnieg meblami. Widząc zachowanie podwładnych zzuje, że coś się stało. Boi się najgorszego - tego, że jego ukochana czeka na niego na łożu śmierci. Wreszcie otwiera wrota tegoż ciepłego pomieszczenia. Kiedy to następuje, na usta cisną mu się słowa "Kochanie, co jest grane?".
Tak, dzieje się tam to czego się spodziewacie - na łożu obłożonym białymi owczymi skórami, król sąsiedniego królestwa posuwa roześmianą, rozradowaną i podnieconą prawie do nieprzytomności, a już na pewno do granic wilgotności jego żonę.
Król nie pytał o nic. Odwrócił się na pięcie i wychodząc z zamku płakał (tak, królowie też płaczą), bo właśnie stracił nie tylko jaja (cały swój królewski autorytet), ale i zamek, w którym gdyby miał teraz przebywać, prześladowałyby go obrazy, jakie zobaczył przed chwilą w sypialni. Czułby się nieswojo we własnym domu. Męczyłyby go te szydercze, a może współczujące spojrzenia podwładnych. Przytulne gniazdko, które uwił, będzie mu się odtąd wydawało miejscem służącym nie jemu, lecz władcy sąsiedniej krainy. Ogarnie go poczucie bezsensowności tego wszystkiego, choć wcześniej było to takie piękne i potężne.
Miejsca przywołują wspomnienia. Nie tak mocno jak osoby, ale również bardzo mocno. Wykreślić jedno wspomnienie, może tylko inne, lepsze. Takie, które pozwoli uwierzyć, że tamto było nic nie wartym majakiem, bzdurą niegodną uwagi.
Jeśli więc, kobieto, dziewczyno, jesteś na miejscu królowej, jedź do zamku swojego nowego księcia na białym koniu, wynajmij pokój w gospodzie, lub po prostu znajdź własny nowy kąt, bo nawet jeśli chcesz, aby to była tylko krótka przygoda, to jeśli masz odrobinę szacunku do tego faceta, który się starał dla Ciebie, nie chciej go ranić podwójnie.


wtorek, 25 sierpnia 2015

Jason Hunt, THORNister na plecy i do szkoły marsz!




Wciąż jeszcze można powiedzieć, że swoją premierę odbywa właśnie mocno wyczekiwana przez wielu powieść motywacyjna napisana przez Tomka Tomczyka (aka Jason Hunt, Kominek) zatytułowana tajemniczym zwrotem THORN. Skoro książka ta zyskała taki rozgłos w internecie jeszcze przed ujrzeniem światła dziennego, to skusiłem się na tą pozycję i ja. A co tam, rzuciłem groszem i zamówiłem egzemplarz w przedsprzedaży. Nie dlatego, że byłem na nią jakoś specjalnie nagrzany (no a już z pewnością nie tak jak sam Kominek), lecz z czystej ludzkiej ciekawości jakie to nauki ma dla nas Jason Hunt.

Muszę w tym miejscu przyznać, że miałem okazję posłuchać autora THORNa osobiście podczas tegorocznego Blog Conference Poznań, gdzie w czasie swoich wystąpień dość szybko przekonał mnie do swojej retoryki, a jednocześnie zaskoczył swobodą wypowiedzi i niezwykłą łatwością utrzymywania uwagi słuchaczy. Dał się poznać jako ktoś, kto niby nieświadomie, niepozornie, ale jednak skutecznie potrafi wykreować siebie na gwiazdę. Już jego poprzedni blog był najpopularniejszym w Polsce (tak przynajmniej sam go sprytnie określał). Dlatego nie mogłem odmówić sobie tej „przygody”, jaką z pewnością było zapoznanie się z jego prozą.

Książkę strawiłem w zasadzie parędziesiąt godzin po rozpoczęciu wysyłki egzemplarzy zamówionych w przedsprzedaży, to znaczy w czasie kiedy w internecie pojawiały się już pierwsze, pisane na gorąco recenzje, m.in. na Spidersweb, czy też u Pawła Opydo. Uznałem jednak, że sam powstrzymam się od pochopnej oceny, ponieważ książka budzi na tyle skrajne emocje, że lepiej pozwolić ideom i historiom z niej wyczytanym pełniej rozkwitnąć w mojej głowie, przemyśleć je i dopiero zrecenzować. Minęło nieco czasu, no i oto stoi mi… oj, przychodzi mi tutaj stanąć i powiedzieć co sądzę.

Zabrzmi to z pewnością niemiło, ale słowo „przygoda” moim zdaniem powinno w przypadku THORNa padać raczej w tonie ironicznym. Nie dość bowiem, że historia opowiedziana przez pierwszoosobowego narratora jest, delikatnie mówiąc, banalna, to w dodatku bardzo krótka.

Co do pierwszego zarzutu, to być może zabrzmi to jak nietypowy spoiler, ale odnoszę wrażenie, że jest w THORNIe coś z „Mariny” C. R. Zafóna, coś z „Wakacji z Duchami” A. Bahdaja, albo może z „Alchemika” P. Coelho, oraz nieco z poradników motywacyjnych R. Kiyosaki'ego. Zatem nic nowego. To wszystko już gdzieś było. Nic mnie nie zaskoczyło. Co więcej, nie chciałbym tutaj popadać w jakieś skrajne malkontenctwo, ale już na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo różniące się przykłady wymieniłem. Połączenie ich w jednej powieści wydaje się zadaniem nie tyle karkołomnym, co bezsensownym. Czytając THORN odnosimy wrażenie, że poznawana historia jest jakby na siłę przygodowa, na siłę moralizatorska, tudzież motywacyjna, no i jeszcze jakby na dojebanie do kominka... ups, pieca, na siłę filozoficzna. Poza tym nie wiem czy zauważyliście, ale trochę słabo, że moje skojarzenia odnoszą się w dużej mierze do książek przeznaczonych dla młodzieży… No, chyba że taki z założenia miał być target.

Odnosząc się do objętości literackiej to tutaj też większość czytelników spotka zawód. Lekturę kończymy w zasadzie po 4-5 godzinach relaksacyjnego czytania, mimo iż trzymamy w ręku ponad dwie trzecie ryzy. Gdyby nie co prawda dość oryginalny, ale jednak dziwaczny skład tekstów, śmiem twierdzić, że THORNa można byłoby zamknąć na 150-ciu stronach. Byłaby to więc raczej taka grubsza broszurka.

Ponadto sposób redagowania poszczególnych fragmentów tekstu osobiście wydał mi się nieco uwłaczający mojemu alfabetyzmowi. Nie lubię, kiedy z góry wytłuszcza mi się to, co rzekomo ma być clou. Może nie jestem Einsteinem i gdybym zechciał któregoś dnia zgłębić teorię względności, to zdecydowanie fajniej byłoby mieć ją w jakiś sensowny i czytelny sposób rozpisaną, ale w takiej książce jak THORN pewne złote myśli autora wolałbym odkrywać sam. Nie mówiąc już o istotnych wątkach fabularnych, które tutaj podkreśla się czytelnikowi jakby był wyposażony w intelekt – bez urazy – ameby.

Niewątpliwym faktem jest, że wydanie w twardej oprawie wygląda elegancko, jednak osobiście wychodzę z założenia, że nie ocenia się książki po okładce. Dlatego moja nota niestety nie będzie pozytywna pomimo tego, że dzieło Tomka czytało mi się z pewnym podnieceniem, może i zazdrością, ponieważ sam chciałbym kiedyś napisać i wydać choćby coś takiego, tak dla własnej satysfakcji. Ale napisać! Czytać natomiast wolę książki inne: jeśli fabularne, to zdecydowanie bardzie wielowątkowe i zaskakujące; jeśli motywacyjne, to dające mojemu ego znacznie większego kopa. Zawsze natomiast nie tyle piękne z okładki ile z przesłania. Tutaj tego zabrakło. I w mojej ocenie nie jest to wina braku umiejętności, czy doświadczenia autora, lecz zastosowanej formy. Bo jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego.

Dobrze, że rok szkolny niebawem się zaczyna. Być może wszystkie te uwagi Jason Hunt spakuje do swojego THORNistra, uda się do Szkoły Pisania Naprawdę Dobrych Powieści i jeszcze mi udowodni, że nie napisał tej książki tylko dla hajsu, lecz po to by postawić pomnik trwalszy niż… no, chociażby gliny. Tylko musi wykupić naprawdę szybki kurs, bo kolejna część THORNa trafi do druku ponoć już za kilka miesięcy.

wtorek, 11 sierpnia 2015

W Google czuć zapach wojny. Już poznają jej Alphabet


Google się wydziela. Nie jak smród spod pachy karka na siłce, tylko jako mniejsza spółka, która odtąd będzie wasalem nowo powstałego Alphabet – spółki matki, na czele której staną twórcy Google i zarazem dotychczasowe największe szychy tej firmy: Larry Page oraz Sergiey Brin.

Dlaczego wasalem? To proste. Alphabet będzie spółką nadrzędną zarządzającą całą grupą kapitałową, składającą się z innych spółek. Dotąd Google oprócz bycia tą marką, która kojarzyła nam się z wyszukiwarką, Gmailem, Androidem, Google Maps, czy Google Docs, była jednocześnie spółką matką całego holdingu, w skład którego wchodziła znacznie większa liczba projektów, niż te wymienione powyżej. Google rozwijało przecież swoje patenty związane z telewizją, medycyną, udzielało się w robotyce tworząc bezzałogowe drony, czy jakby to nazwać... samojezdne samochody. Od dwóch lat gigant z Mountain View zaczął działać także w branży zbrojeniowej, przejmując Boston Dynamics, czyli firmę projektującą wojskowe mechy. W laboratoriach Google powstają też setki, jeśli nie tysiące innych pierdół, jak np. antysmrodowy czujnik zapachów.

Powyższy czujnik paradoksalnie byłby obecnie najbardziej potrzebny jego producentowi. Informacja o wydzieleniu Google w ramach innej spółki może bowiem powodować lekki, acz globalny ferment - dla inwestorów (po ogłoszeniu zmian wartość akcji Google spadła o $10), dla rządów innych niż amerykański, ale i dla zwykłych użytkowników. Google może bowiem przestać być kojarzonym jako mecenas rozwoju internetu i innych sympatycznych, tudzież pokojowych technologii. Dlaczego? Już śpieszę z wyjaśnieniami.

W liście otwartym wystosowanym przez Larry Page'a czytamy, m.in. że:

"Nasza firma świetnie sobie radzi, ale pomyśleliśmy, że możemy działać lepiej i bardziej dochodowo. Dlatego postanowiliśmy stworzyć nową firmę o nazwie "Alphabet". Czym jest Alphabet? Alphabet jest zbiorem firm. Największą jest oczywiście Google. Jest to nowe, odchudzone Google. Firmy mniej związane z produktami internetowymi zostały z niego wydzielone i przeniesione do Alphabet."

Powyższe nie oznacza nic innego, jak to, że Google będzie odtąd zajmować się wyłącznie usługami internetowymi sensu stricto. Wszystkie inne dziedziny rozwijane przez tego molocha znajdą się teraz bezpośrednio pod skrzydłami Alphabet.

Nietrudno zauważyć, że te wszystkie inne branże mają, albo potencjalnie mogą mieć niebagatelne znaczenie użytkowe dla armii.

Z doświadczenia w pracy w dużej korporacji wiem, że funkcjonowanie nowo wydzielonej spółki zależnej, zwłaszcza na początku, może być i niemal zawsze jest bardziej anonimowe niż działalność wcześniej istniejących komórek organizacyjnych większej firmy, realizujących teoretycznie to samo do czego została powołana nowa spółka. Dowiedzieć się co i jak dokładnie robią w nowo założonej firmie najzwyczajniej w świecie nie jest już tak łatwo. A tym trudniej będzie, im bardziej ta działalność będzie musiała być chroniona. I to zaczyna mi nieco brzydko pachnieć, ponieważ wszystkie te strategicznie istotne dla armii projekty Google'a znajdą się teraz w nowych spółkach podległych Alphabet, z pewnością mniej przejrzystych. No i mniej lustrowanych przez społeczeństwo choćby dlatego, że przeciętnego użytkownika internetu nie będzie obchodzić co dzieje się w spółkach nie związanych bezpośrednio z usługami internetowymi, z których on korzysta.

Część Alphabet zwana Google pozostanie więc skupiona na usługach cywilnych, tymczasem oprócz tego Alphabet będzie także miało w swoich rękach odtąd niezależne i nie poddane społecznej kontroli spółki, które są zorientowane coraz bardziej na rynek zbrojeniowy.

W efekcie choć oficjalnie zmiana struktur organizacyjnych ma na celu głównie zwiększenie dochodów całego holdingu, to równie dobrze można domniemać, że zasadniczym celem było ściślejsze zawiązanie współpracy z rządem w sferze technologii użytecznych dla wojska. Co się oczywiście wzajemnie nie wyklucza, bo jak wiadomo najlepsze interesy robi się z państwem, a już zwłaszcza w przemyśle zbrojeniowym.

Odrębne zagadnienie stanowi kwestia czyim pomysłem była reorganizacja Google'a: czy był to rzeczywiście pomysł Page'a i Brin'a na dobrze płatne interesy z armią, czy też raczej sugestia samego rządu USA, aby trochę bardziej utajnić projekty dla wojska?

Dla mnie jedno i drugie pachnie niefajnie. Jeśli powyższe się potwierdzi, to Google właśnie przestało być takie kolorowe jak jego logo. Alphabet tym bardziej. Nawet mimo wielobarwnych klocków, które rozsypane są na jego stronie www. No cóż, Ministerstwo Pokoju Oceanii w orwellowskim Roku 1984 też przecież parało się prowadzeniem wojen.